piątek, 6 stycznia 2017

Jarosław Grzędowicz - Wypychacz zwierząt

Jarosław Grzędowicz to pisarz, o którym powiedziano już wiele i z pewnością nie potrzebuje dodatkowych recenzji. Jednak chciałam coś powiedzieć, wtrącić swoje trzy grosze.
"Wypychacz zwierząt" jest zbiorem opowiadań. Cały czas się uczę sięgać po opowiadania, ponieważ jakoś widząc je nie umiem się skusić. Wolę powieści. Nie jestem w stanie stwierdzić dlaczego tak się właśnie dzieje. Ten zbiór długo czekał na swój czas u mnie.
"Koty żyją krócej niż ludzie. Trzeba pogodzić się z tym, że przeżyje pan kilka pokoleń. To tak, jakby drzewo miało człowieka. Nie oszuka pan śmierci."


Grzędowicz ma niesamowity dar obnażania ludzkiej natury, kondycji społecznej, przewiduje do czego mogą prowadzić pewne procesy i trendy. W każdym opowiadaniu kreuje jakiś świat w krzywym zwierciadle. Odkopuje ukryte pragnienia, żądze i dążenia swoich bohaterów by pokazać świat utkany właśnie z nich. Przewrotność losu i świata przedstawionego zaskakuje, niepokoi, czasami bawi. Poza przyjemnością z czytania i odkrywania, ta książka zapewnia również krótki kurs, jak pisać. Naprawdę, jeśli chcecie się zabrać za pisanie własnych historii to możecie się uczyć od tego Pisarza, a różnorodność tekstów gwarantuje podstawy wejścia w rozmaitą tematykę.


Opowiadania to opowiadania, nie są długie, ale prawie z każdego można by nakręcić oddzielny, pełnometrażowy film science fiction. Myślę, że mógłby powstać też znakomity serial podobny do znanego „Alfred Hitchcock Przedstawia”. Każda historia ma wszystkiego ile potrzeba, nie za dużo i nie za mało. Autor się nie rozwleka, nie podpowiada nic czytelnikowi, nie daje bezpośredniej puenty.

O każdym z opowiadań chciałam powiedzieć kilka słów. Posiadam stare wydanie i żałuję, że przy wznowieniu zrezygnowano ze starej okładki. Pozwoliłam sobie zamieścić obrazki z książki przy każdym z opowiadań, bo uważam, że są równie świetne, jak same teksty.

„Hobby ciotki Konstancji” wydaje się być najlżejszym z opowiadań. Króciutkie, nieskomplikowane z humorystycznym zakończeniem. Widziałam opinie, że jest najsłabsze z całego tomu. Według mnie to złe określenie, bowiem opowiadanie stanowi pewnego rodzaju rozbiegówkę, przygotowanie do reszty. Szybkie i przyjemne zapoznanie ze stylem i charakterem publikacji tego Autora, z przewrotnością losu, świata, jaką będzie prezentował w pozostałych dwunastu tekstach.

Drugim opowiadaniem jest „Zegarmistrz i łowca motyli”. Podróże w czasie i znany motyw efektu motyla. Autor sam mówi nam, że ta historia Mu „nie szła”. Trochę jest to wyczuwalne jednak nie przeszkadza w czytaniu. Właściwie ta tematyka została już przedstawiona w tylu wersjach, że ciężko napisać coś oryginalnego. Jednak Grzędowicz ugryzł temat inaczej.  Konsekwencje każdej podróży w czasie są niebagatelne. Przeszłość, która istnieje tylko dopóki jest teraźniejszością.






Krótkie opowiadanko „Nagroda” w genialny sposób pokazuje jakiego rodzaju pracowników cenią korporacje. Przewrotna nagroda dla wybitnych ludzi, która uczy pokory i uległości. Chociaż nie wiem czy słowo „uczy” to odpowiednie określenie.

„Buran wieje z tamtej strony” – czytałam z zapartym tchem. Koncepcja światów równoległych, niby nie jest nowa, ale została przedstawiona w bardzo smakowity sposób. Mocno poniosło moją wyobraźnię do tego świata, a właściwie światów. Tekst wzbudza też sporo emocji, szybko przywiązujemy się do bohaterów, podziwiamy ich, chwalimy w myślach, współczujemy, z wypiekami na twarzy śledzimy ich walkę. Dwóch mężczyzn, o których można powiedzieć, że nadają na kompletnie innych falach, chociaż są tak podobni, swego rodzaju heroizm i poświęcenie by istniał jakiś lepszy świat.



Kolejny tekst, „Obrona konieczna”, porusza bardzo aktualną kwestię społeczną. Problem dotyczy tego, jak radzić sobie w sytuacji, gdy jesteśmy ofiarą przestępcy. W którym momencie przekraczamy magiczną granicę obrony koniecznej? W prawdziwym świecie granica ta jest dość rozmyta, szczególnie gdy bandyci mają dobrych prawników. W świecie opisanym przez Grzędowicza granica w sumie jest bardzo wyraźna. Każda obrona przed bandytą to przestępstwo. Grupa przyjaciół spotyka się opowiadając sobie wzajemnie o smutnych doświadczeniach, wynajdując „sposoby”, by dać nauczkę, zabezpieczyć się np. przed włamywaczami. Bezczelność i pewność siebie złodziei poraża. Zakończenie sprawia, że czytelnikowi może opaść szczęka. Autor serwuje nam opowiadanie, które niby jest zabawne, a jednocześnie złowieszcze.

Szóste opowiadanie, „Pocałunek Loisetty” to brutalna, wstrząsająca historia kata. Za tło akcji posłużyła tutaj rewolucja francuska. Dourville jest katem, który podróżuje po kraju ze swoją „narodową brzytwą”. Bohater ma szczególną zdolność, potrafi dojrzeć w człowieku jego grzechy, podłości, zbrodnie. Loisetta stanowi antropomorfizację machiny śmierci. Postać kobiety, która jest osobowym złem, dręczy żądając krwawych ofiar. Kat to jakby ostatni stróż sprawiedliwości, wykonuje wyrok z zimną krwią, bo co prawda wypełnia ważne zadanie w społeczeństwie, ale to tylko praca. Czy aby na pewno? Ile życia jest w śmierci?



„Specjały kuchni Wschodu” to króciutkie opowiadanie, o tym jak najmroczniejsze życzenia potrafią się spełniać, jak żart może się przerodzić w rzeczywistość. Wskazuje też, że los dla nikczemnych wyzyskiwaczy, łotrów żerujących na ludzkiej krzywdzie może się okazać bardzo srogi. Ale czy tylko na niegodziwcach mści się ich karma? Historyjka zabawna, sprawiła mi dużo przyjemności.


Kolejna opowieść, „Farewell Blues” wchodzi w tematykę obcych i emigracji. Chociaż temat został przedstawiony intrygująco, to jednak skupię się na innym aspekcie tego tekstu. Grzędowicz po raz kolejny, w genialny sposób, porusza sprawę kondycji społecznej. Społeczeństwo, które otacza bohatera jest zwyczajnie zepsute, zgniłe, śmierdzące. Emigracja jest próbą ucieczki zmęczonych, stłamszonych ludzi. Kosmici mogą skutecznie rozwiązać te problemy proponując emigrację na nową, wspaniałą, utopijną planetę.

„Weneckie zapusty” ukazują karę, sprawiedliwą, adekwatną do grzechów. Autor zdaje się przypominać nam jeszcze o tym, że często bywa tak, iż robimy z premedytacją rzeczy, które całkowicie potępiamy u innych. Przewrotny hedonizm w karze.







Tytułowe opowiadanie, czyli „Wypychacz zwierząt”, porusza tematykę człowieka bawiącego się w Boga. Odtwarzający stwórca i niepokojący nastrój. Absolutnie nie bez przyczyny cały tom ma taki właśnie tytuł. Kreacja, nastrój, plastyczność świata, niepewność konsekwencji podejmowanych decyzji


„Weekend w Spestreku” to wizja konsekwentnego wprowadzenia do życia społecznego znanych nam nowoczesnych koncepcji i ideologii. Gender, feminizm, tolerancja, poprawność polityczna… Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, przerysowane, niebezpieczne z ironią i drwiną. Poprawność polityczna, która przestaje być poprawna. Walka z seksizmem, który nie istnieje. Mężczyzna, jako gorszy gatunek człowieka. Tęczowa wolność totalitaryzmu. Rzecz w sumie o tym do czego prowadzą skrajności i fanatyzm. Antyutopijny świat.

Święty Mikołaj dla wielu ludzi jest czymś jak samospełniające się życzenia. W tekście „Trzeci Mikołaj” pisarz daje nam prztyczka w nos. Opowiadanie o pozornym szczęściu i o szczęściu prawdziwym, skłaniające do refleksji nad ludzką gonitwą do posiadania. Posiadanie, wciąż więcej, więcej… ilu już zwiodło na manowce?

Ostatnie opowiadanie, czyli „Wilcza zamieć” stanowi niesamowite połączenie II Wojny Światowej z mitologią skandynawską. Połączenie fanatycznych i bestialskich poglądów hitlerowców z widmowym U-bootem. Naprawdę majstersztyk. Zaczynając czytać obawiałam się trochę, byłam nieufna, ponieważ nie przepadam ani za łodziami podwodnymi, ani powieściami dziejącymi się w czasie II WŚ. Niepotrzebnie, bo po raz kolejny zachwycił mnie i poruszył ten genialny tekst.




Jarosław Grzędowicz z pewnością jest wybitnym pisarzem. Solidny warsztat którym się posługuje, błyskotliwość, kreatywność, różnorodność gwarantuje naprawdę fenomenalną lekturę. Opowiadania są trudną formą, ponieważ w krótkim tekście trzeba nakreślić bohaterów, akcję, przedstawić otoczkę. W powieści jest na to znacznie więcej miejsca i czasu. Jednak Grzędowicz, jak już wspomniałam na początku w znakomity sposób wciąga nas w ten wir przedstawionej historii rozpościerając przed nami pełny i głęboki obraz, ale bez zbędnych słów. Popełniłabym wielkie faux pas, gdybym nie wspomniała o tym, że ten tom zawiera opowiadania nagrodzone: „Buran wieje z tamtej strony” - Sfinks 2005 i  „Wilcza zamieć” - Nagroda Zajdla 2005.
Trudno mi było pisać o poszczególnych tytułach, ponieważ są bardzo różnorodne, a dodatkowo można w nich odczytać więcej niż mamy w samych słowach. To dla mnie mistrzostwo tego Autora. Nie lubię opowiadań, ale nie żałuję żadnej chwili z tym tomem.

Jeżeli jeszcze nie czytaliście to koniecznie musicie to nadrobić!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo mnie cieszy, że zaglądasz na mojego bloga.
Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad, to mnie motywuje i nadaje większy sens temu, co piszę. Chętnie zajrzę też na Twojego bloga, jeśli jakiegoś prowadzisz.