wtorek, 24 października 2017

Wskrzeszenia, wróżby i zaklęcia, czyli jak dopomóc szczęściu [PRZEDPREMIEROWO]

Komedie obyczajowe dość rzadko u mnie goszczą i stwierdzam, że to poważny błąd, który wciąż popełniam z nieznanych mi przyczyn. Osobliwe perypetie zafiksowanych w różny sposób bohaterów, nasączone dobrym humorem sytuacyjny i doprawione szczyptą absurdu zawsze mają na mnie zbawienny wpływ, jakby odmładzały o kilka lat, uzupełniały akumulatory i brakujące dawki snu. Przy obecnym załamaniu pogody i innych zmartwieniach codziennych, "Wróżka mimo woli" Ewy Zdunek okazała się zniewalającą lekturą z ogromną dawką witaminy D.

"- No. - Trąciłam pana Pawełka łokciem. - Gdzie trumna?
- Nie ma - padła głucha odpowiedź. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że ją odkopali i pozostawili na deszczu, czekając, aż się rozpuści.
- Jak to: nie ma? A gdzie jest?
- A cholera wie - warknął pan Pawełek. - Pieprzę taką robotę! Znikające trumny, wędrujące trupy! Ja jestem porządny grabarz, a od tego może się w głowie poprzesuwać!"



Wypalona zawodowo wróżka próbuje odnaleźć swoje miejsce na świecie i uporządkować względnie własne życie. Nie licząc na amantów, nie przepadając za pracą w pralni i zakładzie pogrzebowym swego ojca, postanawia rozkręcić biznes dopasowany do jej wrodzonych talentów. Jednak bycie wróżką to nie do końca to, co spełniałoby Emilii oczekiwania i dawało pełną satysfakcję. Wobec tego bohaterka z wróżki przeistacza się w drużkę, by skupić się na roli przewodnika w drodze do szczęścia.

I właśnie kwintesencją odświeżonej działalności oraz powołania życiowego Emilii, okazuje się jakby to przeobrażanie z wróżki w drużkę, które absolutnie nie jest bez znaczenia. Drużka w prostej linii kojarzona z druhną, czyli towarzyszącą pannie młodej dziewczyną (obecnie częściej używamy słowa świadkowa, co najmniej w moich kręgach), ale tutaj Autorka użyła tego słowa dla nieco głębszego znaczenia. Zgodnie z etymologią druhna tudzież drużka związane są ze stawaniem u czyjegoś boku, wsparciem mentalnym oraz fizycznym, a przede wszystkim z przyjaźnią. Emilia ze swoimi wątpliwościami, wypaleniem jako wróżka, zaczyna rozumieć, że dla niej to coś więcej niźli zawód. I w tym właśnie kontekście naturalnym wydaje się to przemianowanie, zmiana nazewnictwa, która pozwala na skonkretyzowanie działalności w tej materii.

Ewa Zdunek w swojej najnowszej książce ukazuje perypetie niewielkiej społeczności lokalnej otaczającej główną bohaterkę. Wydarzenia naszpikowane absurdem, przewrotność losu, nieporozumienia dostarczają przyjemnej dawki humoru. Poznajemy całe mnóstwo dość uroczych postaci, które z każdą kolejną stroną budzą coraz większą sympatię.

Gabriela mająca obsesję na punkcie czystości, nowa pracownica w pralni.
Jurek, który jest pisarzem, właściciel uroczego psa Synka i słodkiej znajdy, suczki Bu.
Babcia Jurka wydająca się być niespełna rozumu, ale w swoich szalonych wypowiedziach pełna mądrości.
Ojciec Emilii śpiewający w kościelnym chórze, chociaż wcale tego nie lubi.
Pan Pawełek, czyli mistrz wizażu pośmiertnego.
Nowy sąsiad o ciekawym nazwisku Diabeł, co to okazał się wielkim magiem i nekromantą.
Pan Przemek, który szuka w życiu nie wiadomo czego, ale w zgodzie z kosmosem.
Pan Wawrzynowicz zazdrosny i nie spełniony pisarz.
Komisarz Ugryź, co to kręci nitki na palcu.

I wiele innych barwnych person. Poza tym już samo połączenie biznesów pralni z zakładem pogrzebowym wywołuje uśmiech na ustach. Za niezwykłość usług w rzeczonej pralni odpowiada nowa pracownica, wspomniana Gabriela. Porządkuje ona wszystko, dosłownie i wyjątkowo dokładnie. Każdy obszar, który krzyżuje się z jej przestrzenią życiową musi być przecież nieskazitelny, wolny od wszelkiego brudu, zarazków, czy bałaganu. Swoimi dziwactwami obarcza klientów przynoszących brudną odzież do oddania, czym wcale nie odstrasza, a przyciąga zainteresowanych.

Zakład pogrzebowy wydaje się być istnym domem wariatów. Świadczone usługi znacznie odbiegają od tych w innych przybytkach tego typu. Charakteru wyjątkowości nadaje też poświęcenie z jakim pracownicy pragną zaspokoić potrzeby rodzin i spełnić wolę zmarłego. Trzeba pochować w ziemi dla ludzi, żeby ładnie wyglądało? Później jednak skremować i do urny? Nie ma problemu, wszystko da się zrobić. Zgubiły się zwłoki? Załatwimy całkiem świeże. Mumifikacja? Oddzielny pogrzeb dla skóry i dla wątroby? Inne wyjątkowe zachcianki?

"Rodzina mężczyzny skremowanego przez pomyłkę domaga się zwrotu nieboszczyka. Też są dobrzy! Jak zwrócić im ciało, skoro zostało ono potraktowane tysiącem stopni Celsjusza? Ojciec zareagował odruchowo: zniszczone, to odkupimy. (...)"

I jeszcze ten amatorski chórek kościelny, o niebanalnej nazwie Ament. Ćwiczenia jamy ustnej i strun głosowych przyprawiają tam niektórych o jeżenie się włosków na skórze. Moc nieporozumień międzyludzkich, jak i tych dotyczących czytania z nut, czego mam wrażenie niewielu potrafi. Dlaczego taka nazwa zespołu? Żeby się dowiedzieć musicie koniecznie przeczytać :)

Podczas próby chóru:
"- Czy widzą państwo klucze? - zapytała nagle zakonnica, a chór odruchowo skierował spojrzenie na ogromny pęk leżący na pianinie. - To bardzo ważne, żeby zerkać na klucze, wtedy łatwiej się śpiewa.
- Ja tam nie wiem, czy łatwiej, skoro mam patrzeć jednocześnie w kilku kierunkach i jeszcze śpiewać - poskarżył się pan Wacek. - Tu na kasownik uważaj, tu na tekst, na nuty i jeszcze kluczy mam pilnować. Nie można ich schować do jakiejś torby?
- Przestań! - uciszyła go szeptem pani Bożena. - Siostra stoi tyłem, nie widzi kluczy, a to chyba jest cały komplet. Do plebanii i do klasztoru. Jak jej zginą, będzie spory kłopot."


Powieść napisana w formie pamiętnika wciąga i zaskarbia sobie czytelnika od pierwszych stron. Zabawne sytuacje bywają dość zwariowane, a Emilia jest osobą bardzo ciepłą w odbiorze. Lekki język i humor sprawiają, że książka okazuje się idealna na relaksujący wieczór przy książce. Pamiętajcie zakręcacie się na burrito kocykowe, na wyciągnięcie ręki stawiacie kawkę, herbatkę, lub grzane wino i czytacie. Polecam również odpalić sobie jakieś przyjemne pachnidło, byle nie duszące :)

"- Proszę pani, mężczyźni zawsze pozostaną mężczyznami, nawet po śmierci. Mój mąż nieboszczyk zaraz po ślubie oświadczył, że mogę spotykać się wyłącznie z kobietami, a mężczyzn zapraszał do domu tylko wtedy, gdy wcześniej się z nimi zaprzyjaźnił. Wiedział dobrze, że mam swoje zasady i z przyjacielem go nie zdradzę. Pod koniec życia miał już tylu znajomych, że kiedy organizowaliśmy imieniny, to gości trzeba było spraszać w trzech terminach, jak na turnusy wakacyjne, bo wszyscy jednocześnie by się nie pomieścili w naszym mieszkaniu. A mój mąż z natury był odludkiem i nie znosił tłumów! Umarł, bo chciał wreszcie zostać sam."

Barwna opowieść rozpięta od mogił i wskrzeszeń po chór kościelny i zagubione buty, przepleciona magią różnorakiej jakości. Zanurzenie się w tej historii to przyjemne wytchnienie, które uspokaja, fascynuje i bawi. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Ewy Zdunek, ale z pewnością nie ostatnie. Opowieść o Emilii liczy już trzy odsłony, lecz to, że nie przeczytałam poprzednich tomów absolutnie w niczym mi nie przeszkadzało. W gruncie rzeczy cieszę się, że mam szansę jeszcze powrócić do tych szalonych ludzi i ich pasjonujących przygód.

Za egzemplarz do recenzji oraz fascynujące gadżety dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

"Wróżka mimo woli"
Ewa Zdunek
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo mnie cieszy, że zaglądasz na mojego bloga.
Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad, to mnie motywuje i nadaje większy sens temu, co piszę. Chętnie zajrzę też na Twojego bloga, jeśli jakiegoś prowadzisz.